Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-04-20

„Norma” Sofi Oksanen


Wydawca: Znak

Data wydania: 4 kwietnia 2018

Liczba stron: 478

Przekład: Katarzyna Aniszewska

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Feministyczny chaos

Bardzo byłem ciekaw trzeciej powieści Sofi Oksanen. Nie chciałem już więcej Estonii ani wojny i tego nie otrzymałem. Nie chciałem także kobiecego udręczenia, a tym zostałem obdarowany w niemożliwej do zniesienia mierze. Nie chcę pisać, że Oksanen to autorka jednej powieści – mam na myśli „Oczyszczenie” – ale trochę tak jest. Norma” to formalna gra autorska z wieloma konwencjami. Powieść szarpanych wątków, nieprzekonujących i zobrazowanych tylko fragmentarycznie postaci, eksperymentu z frazą, z nieznośnym feministycznym dydaktyzmem, ale przede wszystkim powieść naprawdę niedopracowana. Szaleńczo skoncentrowana na mnożeniu intryg i umiejscawianiu kobiety w kilku społecznych rolach, w których musi walczyć o przetrwanie albo zachowanie tożsamości. W „Normie” kobiety popadają w obłęd, ulegają iluzjom kreowanym przez światowe magazyny lifestylowe, bezradnie podporządkowują się ojcom czy mężom, rozpaczliwie potrzebują macierzyństwa albo też trzymają gardę, bo są zewsząd atakowane. Potem prawie wszystkie wydobywają się z opresji, żeby wtłoczyć się w tezę, bo „Norma” to też opowieść tendencyjna. Nie chodzi tylko o to, że tych historii – mniej lub bardziej prawdopodobnych – jest tak bezlitośnie wiele. Chodzi o to, że ta książka zbyt dużo łączy, nazbyt wiele opowiada, chwyta się wielu tematów, sztucznie mnoży zagadki i ostatecznie upada pod naporem nadmiaru. Przestaje być wiarygodna i sugestywna – jak inne narracje fińskiej autorki.

Mnogość i chaos mnie zmęczyły. Już od samego początku. A wszystko zaczyna się od śmierci matki, której zagadkę odkrywa córka. Sama będąc postacią bardzo zagadkową, chronioną przez rodzicielkę, izolowaną od życia i wrosłą w sieć dość toksycznych zależności, które mają swoją genezę w przeszłości, lecz tego Norma się dopiero dowie. Zmuszona będzie skonfrontować swoje dotychczasowe samotnicze życie z mnogością wyzwań, które postawi przed nią istnienie bez matki. Nie wiem, jak bohaterka oswaja i rozumie bombardowanie coraz to nowymi faktami, opiniami czy uczuciami, ale ja jako czytelnik zniosłem to bardzo źle. Oksanen nie ogranicza się do jednego pokolenia i nie zawęża opowiadania o kobiecych relacjach tylko do dwóch najbliższych sobie osób. Otwiera się przed nami pełna czarnej rozpaczy i smutku historia dramatyzmu kobiecej egzystencji sięgająca aż po pierwsze dekady minionego stulecia. Wszystko będzie koncentrować się wokół… włosów. To oryginalne i świeże, gwarantuje specyficzność tej książki od początku do końca, ale po pewnym czasie staje się przejawem raczej ekscentryczności fińskiej pisarki, bo „Norma” prezentuje się jako literacki eksperyment z pewną dozą publicystycznego przekazu. Mamy jednak do czynienia z rasowym thrillerem, powieścią mającą wzbudzać strach i ściskać za gardło. Nie dzieje się tak, gdyż fabuła „Normy” to coś w rodzaju komiksowego zbioru obrazów w tonacji noir z wyjątkowo mało przekonującą bohaterką wiodącą.

W świecie Oksanen nie ma czegoś takiego jak uczciwość, zaufanie, nie ma duchowego spokoju, nie ma stabilizacji ani pewności siebie. Jej udręczone bohaterki tworzą świat portretowany jako wrogi kobietom, a wrogość tę uosabia zwłaszcza jeden mężczyzna – ten, który przedstawia się Normie na pogrzebie jej matki, i ten, który miał duży związek z jej śmiercią. Czy Anita rzuciła się pod pociąg metra? Co skłoniło ją do takiej decyzji? Co tak naprawdę wiedziała o niej córka? Czy dało się Normę ochronić przez złem świata i złem mężczyzn, skoro dodatkowo trzeba było chronić jej tajemnicę, specyficzną odmienność?

Tu zaczyna się problem interpretacyjny, bo nie wydaje mi się, by Sofi Oksanen chodziło tylko o nakreślenie rozmaitych okoliczności życiowych, które prowadzą kobiety ku obłędowi, przegranej albo ku jednoznacznemu zwycięstwu, także moralnemu. Pojawia się jakiś ogólnoświatowy klan z siedzibą w Finlandii, który sprzedaje złudzenia za zbyt wysoką cenę. Ktoś czuje się jak w raju, ale kosztem kogoś. Nie ma szczęścia, za które płacą klienci. Są jego iluzje okupione cierpieniem innych. Tak iluzoryczne jest też życie Normy, którego ani nie zgłębimy, ani też dobrze nie zrozumiemy. Wiemy, że matka zapłaciła wysoką cenę za jej ochronę i projektowanie jej życia. Widzimy, jak z bezradnej i nieświadomej przeszłości Normy wydobywa się kobieta chcąca powalczyć o własne szczęście oraz odcięcie się od toksycznych zależności biznesowych matki. Portret tego wyjątkowo zawikłanego biznesu rodzinnego ma obrazować także rozpad najważniejszych więzi. Tych, które Anita usiłowała zachować za wszelką cenę, bo Norma wymagała poświęcenia. Dużo większego niż poświęcenie typowych matek.

Oksanen stosuje ograne już literackie chwyty mające na celu pokazanie, jakie ślady zostawia osoba zmarła, by żywa i jej bliska mogła zrozumieć motywację działań oraz przeszłość. Są nośniki elektroniczne, zapiski, zwerbalizowane uczucia oraz emocje. Możemy się nad tym pochylić i próbować zrozumieć, ale w gruncie rzeczy ta gra z czasem przeszłym i brutalną codziennością dopadającą Normę jest trochę męcząca. Oksanen wtłacza do tej opowieści coraz więcej komplikacji. Kiedy już jesteśmy w stanie zrozumieć jedną zależność, pojawia się w jej miejsce kilka innych. Ma być istotna wielogłosowość, a tworzy nam się z niej po prostu chaos bez wyraźnej treści. Obok tajemnic Normy są też problemy, z którymi zmagają się inne kobiety w rodzinie, albo sobie z nimi radząc, albo ulegając szaleństwu. Nie ma niczego pośredniego. To nie jest tak, że licznie nakreślone zagadki doczekają się wyjaśnienia. Chodzi bardziej o pokazanie w opowiadaniu świata ogromu bodźców i doświadczeń, jakim poddana jest Norma wydobyta nagle spod bezpiecznego szklanego klosza. Ale nie tylko ją dotkną okrucieństwa. Nie tylko mężczyźni będą ich sprawcami. Epilog powieści sprawia wrażenie, jakby fińska pisarka zorientowała się pod koniec, że trochę przesadziła z tą dychotomią płci i czytelnym obrazem katów oraz ofiar. Tak czy owak jest w „Normie” zdecydowanie za dużo – eksperymentów z formą, przesłań, sugestii przesłań. Ta powieść opowiada o opresyjnym świecie w żałobie, w którym trzeba pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby, zdobyć potrzebną do przetrwania wiedzę o sobie, a następnie wyjść z twarzą i obronną ręką ze wszystkiego, co zmyślone i co powoduje, że wiruje nie tylko sfera emocji głównej bohaterki. Za dużo, za intensywnie, za jaskrawo i tym razem w stylu nieporównywalnie gorszym od wcześniej wydanych w Polsce powieści. Jedno z moich największych rozczarowań tego roku.

2018-04-18

„Rok na odwyku. Kronika powrotu” Katarzyna T. Nowak


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 kwietnia 2018

Liczba stron: 144

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje

Każdy, kto pomyśli o tej książce jako o wyrazie zaskakującego w formie ekshibicjonizmu, powinien mieć na uwadze, jak ważna jest to publikacja dla tych wszystkich ludzi, którzy nie odważyli się do tej pory nawet na krok kontrolowanego leczenia uzależnienia, nie mówiąc o całym cyklu terapeutycznym, o którym Katarzyna T. Nowak opowiada z wyjątkową szczerością, odwagą i pewną bezkompromisowością. Nie widzę w „Roku na odwyku” chęci komercyjnego zarobienia na własnym nieszczęściu i nie dostrzegam też niestosowności bardzo osobistych zwierzeń. Widzę tu przede wszystkim rzecz, która bardzo wielu ludziom pomoże, ośmieli ich w działaniach mających na celu walkę z prywatnymi demonami, ale przede wszystkim książkę, która strukturalnie – za pomocą celowych powtórzeń, charakterystycznej frazy i dzięki skupieniu na wydobyciu własnego dramatu poprzez ujrzenie go w kontekście – oddaje specyfikę ludzkiego uzależnienia. Jest mroczną kroniką najtrudniejszej z możliwych walk – walki z samym sobą. Bo oswojenie nałogu w sobie to przede wszystkim jego zaakceptowanie, a to nigdy nie odbywa się bez wielu prywatnych bitew. Wielu bitew przegranych. Nowak doskonale dobrała podtytuł tej publikacji. To kronika powrotu do samej siebie. Odnalezienia drogi do porozumienia z tym, czego nie dostrzegała. Do zawiązania sojuszu z niespokojnymi emocjami. Do początku wygranej walki, choć jakiekolwiek uzależnienie będzie tą walką wiecznie.

To bardzo ważna książka, bo definiująca status społeczny kobiety uzależnionej. Kogoś, komu wybacza się wpadanie w szpony nałogu dużo trudniej niż mężczyznom. Kogoś, kto dużo częściej niż mężczyzna tkwi w bezradności i wstydzie oraz tuszuje swą nieporadność. „Piją, biorą leki w ukryciu między praniem a gotowaniem. Do czasu kiedy w domu wszystko lśni, a jedzenie jest na stole, mało kto się orientuje. Spuchniętą, czerwoną twarz przysłaniają makijażem”. Tak, Nowak wypowiada się za wszystkie te kobiety, którym z różnych powodów trudno jest mówić o swej lekomanii czy alkoholizmie. Być może dotrze do wielu z nich, które nigdy nie odważyłyby się powalczyć o siebie, zmagając się ze społecznym odium, bo społeczeństwo nie tak łatwo akceptuje kobiece zagubienie w groźnym nałogu. Autorka opowiada o różnego rodzaju wycofaniach pacjentek oddziału odwykowego, o ich niezdolności do prawdziwej walki o siebie. O jakimiś społecznym zakodowaniu tego, że pijana czy będąca pod wpływem leków kobieta jest kimś gorszym niż mężczyzna znajdujący się w podobnej sytuacji. Jest w tych zapiskach wiele goryczy wobec świata, który nie rozumie istoty uzależnienia, ale ta gorycz – charakterystyczna nie tylko dla pozostawionej samej ze swym nałogiem kobiety – przeradza się w specyficzną siłę do walki. W ciekawość tego, co można osiągnąć i jak wygląda ten inny, wypracowany w sobie lepszy świat. Świat, którego kontury widzi się wyraźnie. Bez butelki alkoholu czy kuszącego szelestu blistra.

Katarzyna T. Nowak tworzy coś na kształt pamiętnika przetrwania. Ma on swój charakterystyczny rytm dostosowany do kolejnych przeżyć w zamkniętej przestrzeni, do której trzeba się dostosować, aby sobie pomóc. Wszystkie wrażenia, emocje i przeżycia są mocno spotęgowane poprzez miejsce, w którym autorka się znajduje. Tam dociera do niej, że nie chodzi tylko o odzyskanie jasności myślenia i pójście na kompromis ze skłonnościami do nadużyć. Tam uświadamia sobie, że dużo trudniejszą konfrontacją niż ta z przydzielonym terapeutą jest konfrontacja z własnymi emocjami. To emocje trzeba nazwać, określić, uporządkować. Tylko w ten sposób odzyskuje się kontakt ze sobą. Bolesne są to próby i naznaczone niepowodzeniami. Nowak opowiada o ludziach z jej otoczenia, którym się z różnych powodów nie udało, musieli pożegnać się z oddziałem i proponowaną przez niego opieką. Ona przetrwała i wytrwała. Nawiązała kontakt nie tylko ze swym wnętrzem, ale także z towarzyszami niedoli, którzy uświadomili jej, że cierpienie uzależnionego nie jest niczym unikatowym. Nie powinno być gloryfikowane, lecz widziane w szerszym kontekście. Tych, którzy mają wspólne problemy i wspólnie nakreślony cel – zerwać z nałogiem.

„Rok na odwyku” to także odważna próba zmierzenia się z rodzinną przeszłością i nakreślenia symptomów dysfunkcji, które wdzierały się między bliskich sobie ludzi, uwierając ich i wywołując skłonność do różnego rodzaju ucieczek. Katarzyna T. Nowak uciekała w leki i alkohol. Nie stanęła twarzą w twarz z prawdziwym wizerunkiem rodziny. Coś idealizowała, coś traktowała wybiórczo. Racjonalizowała. Minimalizowała. Jak w późniejszym podejściu do nałogu. Dziś zaś do faktu, że ani nie jest w stanie pożegnać się z rodzinnymi bolączkami, ani nie będzie mogła nigdy powiedzieć, że jest wolna od uzależnienia.

Ta książka fenomenalnie opowiada o tym, jak nałóg stopniowo paraliżuje umysł i zaburza percepcję, co jest najgroźniejsze, albowiem tendencja ucieczkowa od świata z niewyraźnymi konturami odbywa się dodatkowo po omacku. Bez sensu i bez celu – bo takie są wszystkie nałogi. Sensowność i celowość trzeba nadać drodze żegnania się z nimi. Nowak opowiada o tym, jak wzbraniała się przed kontaktem z rzeczami i emocjami w ich rzeczywistych kształtach, ale także sugeruje kilka odpowiedzi na najważniejsze z pytań – pytanie o to, od czego zależy udana terapia. „Rok na odwyku” jest zatem książką wstrząsającą, z drugiej jednak strony obnażającą wiele ludzkich słabości. Opowiadającą o sprawach, wobec których milkniemy, bo się wstydzimy. A wśród milczenia, wstydu, zachowywania pozorów normalności i bezradności każdy nałóg rozwija się wręcz doskonale.

Brawa za odwagę i umiejętność opowiedzenia prostym językiem o tym, jak skomplikowane jest poczucie celu i sensu życia rujnowanego na własne życzenie, wedle własnych okrutnych zasad. To inteligentna opowieść o tym, jakie mamy zdolności do autodestrukcji i jak wiele potrafimy wokół siebie i w sobie zbudować. Osobiste wyznania skierowane do wszystkich, którzy nie mają odwagi zadać sobie choć kilku pytań z tych, które padają na kartach tej przejmującej książki.

2018-04-16

„Błoto” Hillary Jordan


Wydawca: Otwarte

Data wydania: 18 kwietnia 2018

Liczba stron: 352

Przekład: Adriana Sokołowska-Ostapko

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zło i miłość

Takie powieści jak „Błoto” powinny być czytane wszędzie tam, gdzie ludzkie zło pod różnymi postaciami ma się doskonale – pożywia się ksenofobią, uprzedzeniami, rasizmem i stereotypami. Hillary Jordan proponuje wielowątkową narrację. Dziejącą się na amerykańskiej prowincji opowieść, w której splotą się losy dwóch rodzin, dwóch braci i dwóch rodzajów przywiązania do siebie. To także historia z czytelnym antywojennym wątkiem w tle – niektórzy przybywają ze świata, w którym doświadczyli innego rodzaju piekła niż to, jakie wita ich w Missisipi. „Błoto” jest polifoniczną narracją z jednym, bardzo czytelnie niemym bohaterem. Tej złożonej historii nie można opowiedzieć inaczej niż za pomocą wielu głosów. Amerykańska pisarka z wnikliwością portretuje bohaterów, nie tylko zwracając uwagę na to, jak mówią, ale także na to, co robią i przede wszystkim co myślą. Opowie uniwersalną – choć z amerykańskim adresem – historię podziałów w ludzkich umysłach i wydobywających się z tych podziałów pokładów zła. Jedni będą źli przez działania, inni przez ich zaniechanie. Wydaje się, że dla niektórych nie ma możliwości ekspiacji. Ale to przecież też przepiękna opowieść o miłości, która wznosi się wyżej niż brud, błoto, rasizm czy różnego rodzaju udręki. Właściwie miłość pośród udręk. Tak jak trudne przywiązanie do ziemi Missisipi, która zawłaszcza i czyni niewolnikami tych, którzy za niewolników uważają innych ludzi.

Trudno wybrać najważniejszą postać, najbardziej czytelny dramat. Myślę, że przewodnikiem, który usiłuje jakoś odczarować obrazowane piekło, jest Laura. Kobieta nabierająca znaczenia przy mężczyźnie. Szczęśliwa, że znalazła kogoś, kto nie pozwoli jej na stoczenie się we wstyd i ostracyzm jako kobiecie bez męża. Laura ufa Henry’emu i wie, że chce on dla niej jak najlepiej. Nawet wówczas, gdy zabiera ją z miasta na farmę, gdzie brud i błoto będą wdzierać się nawet do snów kobiety. Laura przechodzi niebywałą przemianę. Pod wpływem trudnych okoliczności otwiera się na własne potrzeby, definiuje kobiecość. Staje się asertywna i wie, czego chce. Do momentu, w którym dopadnie ją fatalne zauroczenie. A może właśnie ono otworzy jej oczy na otaczający ją świat, pozwoli zrozumieć dużo więcej, niż chciałaby pojąć.

Henry i Jamie to specyficzni bracia. Nie tylko dlatego, że różni ich dziewiętnaście lat i Henry w zasadzie mógłby być ojcem Jamiego. Obaj doświadczyli piekła wojen – Henry uczestniczył w pierwszej wojnie światowej, Jamie był pilotem bombardującym nazistów podczas drugiego globalnego konfliktu zbrojnego. Każdy z nich skrywa w sobie wojenną traumę, pamiętając o tym, co musiał robić. Każdy z nich ma krew na rękach, ale myśli już tylko o tym, jak zapomnieć. Henry zapomina dość szybko, bo odnajduje swoje miejsce na ziemi, kupując farmę. To dziadek przekazał mu miłość do ziemi. Henry ją pokochał tak jak Jamie pokochał powietrze, z którego później zrzucał śmiercionośne ładunki. Dla Henry’ego wszystko jest dość proste, ma swoje miejsce i czas. Starszy brat potrafi uporządkować rzeczywistość wokół siebie. Młodszy po powrocie z wojny gubi priorytety. Wie jedynie, że doświadczył innego świata w Europie. Wie, że Missisipi ze swymi ograniczeniami i rasizmem nie jest miejscem, w którym może wrócić do równowagi. A jednak jest tam ktoś, kto okaże mu czułość. Osoba, dzięki której błoto farmy nie będzie tak widoczne. Pod paznokciami i pod skórą.

Jest jeszcze Ronsel, syn Jacksonów, dzierżawców farmy Henry’ego. Powraca z wojny jako bohater, ale szybko okazuje się, że będzie znowu czarnuchem, którego miejsce jest za pługiem. Bo powojenne Missisipi nie zna litości tak jak farma. Ronsel nie wydobędzie się z ograniczeń i roli narzuconej mu przez małą społeczność. Jacksonowie wejdą w specyficzną zależność z McAllanami, ale rodzina Henry’ego nie będzie tym, czym rodzina Ronsela. Jedynie Jamie dostrzeże, że nie mają znaczenia kolor skóry i pochodzenie. Kiedy zaprzyjaźni się z Ronselem, ściągnie na siebie i czarnoskórego chłopaka odium tych, dla których szeptane wersy z Biblii dalekie są do tego, czym kierują się w codziennym życiu.

A codzienność opisywana przez Hillary Jordan to świat wiecznych podziałów zależnych od koloru skóry. Dwie różne przestrzenie funkcjonowania ludzi – jedzących osobno posiłki, korzystających z osobnych toalet, zajmujących w samochodach inne miejsca czy wychodzących przez różne drzwi. Podział rasowy porządkuje rzeczywistość. Świat tytułowego błota funkcjonującego w tej powieści jako bardzo wyrazisty i wieloznaczny symbol. W powojennym Missisipi każdy wie, gdzie jest jego miejsce, kim ma być, jak żyć i kogo unikać. Jamie chce rozbić uwarunkowania, które będą silniejsze niż rośliny zakorzenione na farmie brata. Napięcia urosną do rangi dramatów. Jordan sportretuje nie tylko oblicza ludzkiego zła, ale także sposób, w jaki ludzie chcą od siebie zło odsunąć. Także to, w którym uczestniczą przez bierność.

„Błoto” to poruszająca powieść o ludziach, którzy żyją w piekle relacji oraz uwarunkowań naznaczonych hipokryzją i skrywanymi negatywnymi emocjami. Wszystko koncentruje się wokół ziemi. Laura jej nienawidzi, ma dość brudnej i zaniedbanej egzystencji pośród ruin gloryfikowanych przez męża. Jacksonowie zdają sobie sprawę z tego, że ziemia to ich życie, źródło utrzymania. Wprawni są w znoszeniu rasistowskich uprzedzeń i wpoili to swemu synowi, jednak Ronsel po latach będzie zdecydowany, by powalczyć o niezależność. Także od ziemi. Od farmy, na której dzieją się rzeczy potworne, skrywane pośród codziennego porządku prac. Tu nikt nigdy nie dowie się, kto jest złoczyńcą, a kto pokrzywdzonym. Missisipi z powieści Jordan rządzi się swoimi prawami, zasadami oraz niepisanymi obyczajami. Można się stąd wydobyć choćby na wojnę. Powracając, trzeba liczyć się z usankcjonowanym porządkiem pełnym uprzedzeń.

„Błoto” to też opowieść o konfabulacjach, dzięki którym łatwiej jest znieść życie w pewnych uwarunkowaniach. To plastyczna narracja o przestrzeni – jej odrębności i tym, w jaki sposób tworzy klatkę dla ludzkich pragnień. Niewolni od namiętności bohaterowie muszą w gruncie rzeczy zmierzyć się z bezkompromisowością brudu i zmienną pogodą. Znamienna jest metaforyka deszczu, zmywania nieczystości i pozostawiania po sobie mnóstwa tytułowego błota. To taki świat nieustannie zagrożony unicestwieniem. Trzymany w jakimś porządku przez surowe zasady społeczne. To Ameryka, która nie wyzwoliła się od podziałów, nienawiści i okrucieństwa. Przywiązuje do ziemi i prymitywnego postrzegania rzeczywistości. Ale jest też miejscem, gdzie rodzi się ludzka świadomość. Miejscem, gdzie należy dokonać jednego okrucieństwa, by zakończyć inne. To bardzo bezkompromisowe, ale bohaterowie powieści nie mają wielu możliwości wyboru. Te, które są im dane, mogą prowadzić do zguby. Ktoś jednak musi ocaleć. Coś musi ocaleć. Miłość i przyzwoitość? Jordan kreśli ich specyficzne definicje. Zapraszając do świata, w którym ludzie mogą stworzyć sobie piekło porównywalne z tym wojennym, na innym kontynencie.

To odważna powieść o nienawiści i zaślepieniu, ale także piękna historia poszukiwania wewnętrznej wolności. „Błoto” jest też o kompromisach, które albo prowadzą do nieopisanego zła, albo wyzwalają i umożliwiają wymycie błota spod paznokci, wydobycie go spod skóry. Hillary Jordan przestrzega Amerykę przed tym, że nadal może być ksenofobiczna, mroczna i groźna dla swoich obywateli. Ostrzega także świat przed tym, że ludzkie zło w rozmaitych formach czai się wszędzie. Łatwiej nam się wzajemnie krzywdzić niż kochać. To bardzo sugestywna opowieść o tym, czy można znaleźć kompromis między nienawiścią a miłością. Na długo zapada w pamięć.


PATRONAT MEDIALNY

2018-04-13

„Moja najdroższa” Gabriel Tallent


Wydawca: Agora

Data wydania: 18 kwietnia 2018

Liczba stron: 392

Przekład: Dariusz Żukowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Miłość i nienawiść

Debiutancka powieść Gabriela Tallenta zyskała pewnie dużo na popularności, poruszając wątek pedofilii i kazirodztwa. To iskrzy na pierwszym planie, przykuwa uwagę i każe zastanawiać się nad tym, dlaczego autor zdecydował się na tak obrazowe i bezkompromisowe pokazanie toksycznych więzi seksualnych. Za nimi idą uwikłane w miłość i nienawiść relacje ojca i córki, którzy stworzyli sobie specyficzną enklawę przemocy i współuzależnienia, aby kontestować ład społeczny i celebrować zaburzoną formę wspólnego funkcjonowania, które jest aspołeczne i wynaturzone. W moim odczuciu jednak siłą tej powieści jest bezpardonowa rozprawa z amerykańską mentalnością oraz zachowawczością. Kalifornijska prowincja, gdzie toczy się akcja, jest miejscem, w którym opisane zaburzone relacje żyjących na odludziu ojca i córki mogą być w pełni sankcjonowane. Tu nikt nie będzie odwoływał się do instytucji, którym się nie ufa. Nikt nie zajrzy drugiemu do domu, a nawet jeśli się w nim znajdzie i będzie świadkiem ewidentnej przemocy, nie zgłosi tego policji, nie uzna za swoją sprawę. Kiedy Martin Alveston w swych katastroficznych wizjach oskarża Amerykanów między innymi o to, że nie potrafią zadbać nawet o swoje ciała, widzimy jednocześnie, że skupieni są tylko na sobie, prywatnej małej stabilizacji. Toksyczny ład w domu Martina i jego córki ma się dobrze latami. Tallent nie tyle prowokuje i szokuje, ile przede wszystkim portretuje mentalność ludzi niewierzących w instytucjonalne formy pomocy, zamkniętych w sferze przeżywania własnego prywatnego dobrobytu, stale głosujących na republikanów i przekonanych o tym, że świat wokół domaga się radykalizacji, ale ich dom jest ostoją spokoju.

W takich warunkach specyficzny byt, jaki wiodą ojciec i córka, nie domaga się żadnej ingerencji ani konfrontacji, pod warunkiem że czternastoletnia Turtle realizuje obowiązek szkolny. Widać wyraźnie, że dziewczyna nie potrafi funkcjonować społecznie. Z trudem się uczy, nie rozumie myślenia abstrakcyjnego. Takiego, którym na co dzień ojciec raczy ją wyjątkowo często, proponując chore wykładnie myśli filozofów i sprowadzając wspólne życie do pełnego gotowości trwania w przyczajeniu. Bo świat wokół albo przestanie istnieć, albo też trzeba będzie w nim walczyć o przetrwanie. Tymczasem Julia nazywana Turtle walczy z każdym dniem szkolnej codzienności, w której nie może się odnaleźć, albowiem jej mrocznym mentorem i punktem odniesień każdej myśli oraz emocji jest zaborczy ojciec.

Tallent od początku posługuje się szorstką składnią, nie ma w tej opowieści żadnych słownych ozdobników, jest bezwzględnie sucha relacja – czy to oddająca piękno kalifornijskiej przyrody, czy to obrazująca kolejną erotyczną przygodę ojca, który zaspokaja żądze dzięki ciału córki. Konsekwentnie utrzymany, charakterystyczny styl opowieści stale trzyma nas w dużym dystansie wobec bohaterów. O ile Martin jawi się jako bezwzględny oprawca i jednoznacznie wywołuje w czytelnikach odrazę, o tyle Turtle jest już postacią bardzo skomplikowaną. Widzimy, na co pozwala ojcu, i rozumiemy część motywacji jej działań. Niewyobrażalna granica między miłością a nienawiścią w tych relacjach zawęża się, stanowi ich istotę, z czasem do tej przerażającej ambiwalencji przywykamy – wszystko po to, by zbliżyć się do dziewczyny. Upartej, dzikiej, cały czas czujnej. Wrastającej w nienawiść i poczucie, że nie można się bać. Ani ojca będącego dla niej całym światem, ani toksycznej rzeczywistości wokół. Turtle jest zapętlona w emocjach i emocjonalnie szantażowana, ale nie mamy do niej dostępu. Widzimy przede wszystkim to, co robi. Jak silna i wytrwała potrafi być. Jak umiejętnie walczy z każdym rodzajem lęku. Jak obserwuje ludzi wokół i z jak dużą dozą nieufności do nich podchodzi. Tallent nie zezwala nam jednak na prawdziwy kontakt z emocjami bohaterki i to stanowi siłę tej powieści – unikającej przez to łatwych interpretacji, podsumowań, prostego wskazania intencji autora i szkieletu konstrukcji psychicznej bohaterki.

Bo Turtle nie chce dać się poznać. Zaakceptować. Zrozumieć. Czuje, że coś jest winna ojcu, że to on stworzył ją do życia, on to życie sankcjonuje i nadaje mu sens. A jednak coś zaczyna się łamać. Turtle ma obok siebie dziadka, jedyną osobę łączącą ją jakoś z tym normalnym światem. Potem pozna chłopaka, któremu uratuje życie. Czy któryś z nich będzie w stanie uratować ją przed destrukcyjnym wpływem mężczyzny nazywającego ją kruszynką? Zachowania Martina uzasadniają pewne sugestie dotyczące jego relacji z ojcem. Ważna jest też tajemnicza figura nieobecnej matki Turtle. Najważniejsze jest jednak śledzenie drogi, po której kroczy nastolatka, by ujrzeć kontury świata zupełnie inaczej. Co więcej, wreszcie zacząć je rozumieć, kiedy ktoś zdefiniuje jej otoczenie innym językiem niż ten zawikłany, ojcowski.

„Moja najdroższa” to narracja o narzucanej przynależności i wyjątkowo skomplikowana w odbiorze powieść inicjacyjna. Turtle koncentruje na sobie uwagę od samego początku, kiedy widzimy, jak bardzo wrosła w świat przyzwyczajeń i poglądów swojego ojca. Dziecko skonfrontowane jest z próbami przekraczającymi dziecięcy sposób przyjmowania na siebie traum. Próby charakteru, specyficzne formy przemocy, iskrzące od napięcia codzienne życie z ojcem – to hartuje czternastolatkę, która nie rozstaje się z bronią, jest w stanie użyć jej w każdej chwili, ale ta jedyna przyjdzie zupełnie niespodziewanie dla Turtle. Gabriel Tallent bez większych manipulacji czytelnikiem wyzwoli w nim wściekłość oraz bezsilność. Stworzy jednak warunki do interpretowania tej historii w całym spektrum różnorodnych emocji skrytych między wściekłością a bezsilnością. Niebywałe jest to, jak amerykański debiutant pośród tak wielu ambiwalencji potrafi utrzymać stonowaną, metodycznie dokładną i spójną narrację. To bardzo przemyślana konstrukcyjnie powieść. Umiejętnie odnosząca się do ludzkich instynktów i pierwotnych reakcji emocjonalnych. Przenosimy się do świata jakby wydobytego z moralności, społecznych uwarunkowań, z wszystkiego uznawanego za normatywne i akceptowalne społecznie. Wdzieramy się na arenę bezkompromisowej walki. I czytamy o równie bezkompromisowej miłości, której nie chcemy uwierzyć, a jednak musimy zaakceptować jej toksyczny skład. Tallent jest chwilami bardziej katastroficzny niż jego Martin, ale nie będzie w tej książce fatalizmu. Znajdziemy tu gorzką diagnozę zależności społecznych, codziennych relacji międzyludzkich oraz tego, w jaki sposób nie chcemy, nie umiemy wydobyć się z matni przyzwyczajeń, sądów, uprzedzeń i idiosynkrazji. Naprawdę wyjątkowo sugestywna powieść, która poruszy na kilku poziomach, za każdym razem pozostawiając ślad i pole do dyskusji.

2018-04-11

„Słońce narodu” Kuba Wojtaszczyk


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 14 marca 2018

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina w rozpadzie

Ta książka to przykład tego, że literatura leży na ulicy. Dokładnie – na pchlim targu. I nie do końca leży, lecz iskrzy się inspiracją, by znalazł się taki łebski pisarz jak Kuba Wojtaszczyk i zrobił z tego literaturę. Tak, „Słońce narodu” to naprawdę wyborna książka, jeśli odpuści się poszukiwania tego, co w powieści najbardziej oczekiwane: dynamicznej akcji, krwistej historii, spójnego zazębiania się wątków, czytelnego prologu, rozwinięcia oraz zakończenia. Tu niczego takiego nie będzie. Co więcej, narracja Wojtaszczyka wpisuje się w tezę o nieprzetłumaczalności naszej literatury dla świata, bo nie oferuje żadnej uniwersalnej historii, tylko wciąż eksploatuje narodowe upiory, lęki, stereotypy czy zwątpienia. Tu będzie wszystko to, co zrozumiemy tylko my, polscy czytelnicy. Najpierw wojna, która nigdy się nie kończy. Potem uciemiężenie systemowe każące albo podporządkować się i stać złym człowiekiem, albo podryfować w stronę bierności i bylejakości. Następnie rozbuchana polska religijność, w której kryje się to, czego nie wyrażamy szeptami modlitw. I koniecznie rodzina, ta fundamentalna komórka społeczna niecnie przez autora wykorzystana, by udowadniać ponownie, że może być fasadowa, a każdy w niej jest samotną wyspą. Wyobcowaną i niechętną pozostałym.

Dodajmy do tego jeszcze cechy bohaterów, które rozpozna każdy Polak, czyli zawiść, zazdrość, niespełnione marzenia i marzenia o czymś lepszym gdzieś poza granicami kraju. Poza ramami stworzonych związków czy nawiązanych relacji. Kuba Wojtaszczyk napisał rzeczywiście nieprzekładalną poza granicami powieść i powieść świetną przede wszystkim językowo. Czasem miałem wrażenie, że dużo bardziej niż słowa bohaterów pochłaniają mnie opisy tego, jak wygląda ich rzeczywistość. Także ta mentalna. Bo tu opisy grają pierwsze skrzypce. Nie rytm, żadna dynamika, niekoniecznie też postacie, które mogą irytować. Chodzi o to, co autor robi z językiem. Z jaką śmiałością i świetną dezynwolturą przekracza granice stylów. Jak różnorodną narracją potrafi opowiadać o emocjach i niezwerbalizowanych stanach osaczenia bohaterów… przez samych siebie.

Dla mnie najważniejszą bohaterką jest ta, którą… autor uśmierca już na wstępie. Rozalia zabiera do grobu tajemnice swojego – prawdopodobnie – ponurego życia. Pozostawia syna, któremu wraz ze swą śmiercią odbiera sens, tożsamość, poczucie męskości i gwarancję uporządkowania życia. I tu zaczyna się historia, albowiem „Słońce narodu” to opowieść o tym, że matka wciąż pozostaje żywa, matki nigdy dość, jakiekolwiek matczyne traumy dziedziczymy w ślepym przywiązaniu do niej. Każdy policzek od matki – dosłowny i metaforyczny – pali nas na zawsze. Żadna matka nigdy nie da się pochować. Zwłaszcza ta toksyczna. Usidlająca w taki sposób, że najbliższe otoczenie nie jest w stanie zniszczyć mrocznych macek, w których tkwi się już zawsze.

Gustaw nie umie pożegnać matki. Nie potrafi się z nią rozstać, wciąż na nowo analizuje dawne relacje, to, co pamięta, a okazuje się, że pamięć jest dla niego zagrożeniem. Wojtaszczyk kapitalnie oddaje dezintegrację osobowości mężczyzny, którego najważniejsza kobieta życia wprawiała do bycia niewidzialnym, pokornym i nierzucającym się w oczy. Sama była przodowniczką pracy, płakała po Stalinie, komunizm wżarł się w nią całkowicie i poza skomplikowanymi zależnościami między nią a synem nie było w jej życiu żadnej silnej relacji z drugim człowiekiem. Rozalia swoim samobójstwem otwiera wachlarz interpretacyjny tego, co będzie się potem działo z jej czterdziestoletnim, zbyt szybko osieroconym dzieckiem. Gustaw nie wydobędzie się z matki. Z mrocznych tajemnic własnego pochodzenia i wczesnego dzieciństwa. Nie będzie w stanie zaoferować niczego żonie i synowi, bo popadł w stupor i tak jakby odszedł razem z nieobecną. Dlatego Rozalia jest postacią najważniejszą, bo to ona wywołuje rozpad rodziny Gustawa. I nic już nam na ten temat nie powie. Mówią żyjący. Rodzina zrujnowana, fasadowa, pozbawiona miłości, czułości i empatii. Z Gustawem coraz bardziej nieobecnym. Coraz mniej odpowiedzialnym za to, co dzieje się z żoną i synem.

Ci dwoje też sobie nie radzą. Renata kiedyś odważnie wzięła Gustawa w kinie. Dzisiaj jest apatyczna i bezwolna, tonie w melancholii oraz dymie tytoniowym. Widzi, że mąż się od niej oddala, a syn coraz bardziej dręczy swą nieprzystawalnością do oczekiwań. Renata prosi Pawła, by nie był marnotrawny. A Paweł grzęźnie w zazdrości, potem w marazmie, emocjonalnej pustce oraz relatywizmie moralnym. I tu pojawia się wybawienie, zaczyna dla kogoś świecić słońce. Ktoś odnajduje drogę wyjścia z rodzinnego klinczu. Wydobędzie się poza uwarunkowania społeczne, polityczne i towarzyskie, poza bezradność i brak konstruktywnego działania. Tu pojawi się również uczucie. Takie niewyobrażalne za bardzo, bo odnoszące się do obiektu adoracji duchowej. Kuba Wojtaszczyk będzie prowokował, ale jednocześnie opowie o specyficznej formie wyzwolenia się z ograniczeń, marazmu przekazywanego przez najbliższych i niemożności wydobycia się poza kontekst warunkowany przez system społeczny i konkretny model władzy podporządkowującej sobie obywateli.

Wydaje się, że u autora „Portretu trumiennego” nie ma jednoznacznie winnych, ale to też kwestia tego, że traktuje on swoich bohaterów z niebywałą empatią i jest gotów być blisko przy nich nawet wówczas, gdy zirytowany czytelnik ma dość. Słońce narodu” to także inkrustowana słowami muzycznych szlagierów przełomu lat 1978 i 1979 powieść z wyznaczonym dość specyficznie rytmem. Czasem narzuca go barokowa składnia, czasem wręcz organoleptyczna wrażliwość narratora. Elementy obrazowania onirycznego idą w parze z bezkompromisowym obrazem codzienności życia w PRL-u. Nawet zima stulecia wydaje się dużo mroźniejsza w opisach niż w rzeczywistości. Kuba Wojtaszczyk potrafi operować słowem na wielu różnych płaszczyznach. Odnosi się wrażenie, że nawet gdyby porzucił swoich bohaterów i opowiadał o ich otoczeniu, książce nie stałaby się krzywda. „Słońce narodu” trochę demaskuje, z pewnych kwestii się śmieje. Potrafi być też powieścią ironiczną, złośliwą i jednocześnie czułą wobec każdej ludzkiej słabości. Wydobyła się z pamiętnika kupionego za kilka złotych. Z odważnego naruszenia czyjejś prywatności. Jako całość jest w pewien sposób powieścią intymną tak po polsku, z odsłanianiem intymności kraju i społeczeństwa. W czasie, którego autor nie może pamiętać. Ma jednak niezwykłą umiejętność wskrzeszania tego, co mimo wszystko wciąż niedostatecznie opisane. Wiemy, jakie były czasy, ale wciąż do końca nie wiemy, jak żyli wtedy zwykli ludzie. To jedna z fantazji na ten temat.

2018-04-09

„Dwie siostry” Åsne Seierstad


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 4 kwietnia 2018

Liczba stron: 512

Przekład: Iwona Zimnicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Determinacja i wybory

Åsne Seierstad zdecydowała się na kontynuowanie techniki pisarskiej ze wstrząsającego „Jednego z nas” – postawiła ponownie na fabularyzowany dokument, nazywając go w zakończeniu reportażem literackim. Ta technika może wzbudzać wątpliwości i kontrowersje, tworzy jednak wyjątkowo spójną i wielowątkową książkę. Opowiadającą o dwóch nastolatkach z Somalii, które po latach integracji w Norwegii decydują się na ucieczkę do Syrii, by wesprzeć Państwo Islamskie. Dyskusyjne wydaje się pisanie o osobach, które nie chcą być opisywane. Żadna z sióstr nie skontaktowała się z autorką w czasie pracy nad książką i nie zechciała w żaden sposób skomentować dziennikarskich dokonań Seierstad. Przekonuje mnie jednak to, o czym dowiaduję się w zakończeniu. Że ta opowieść ma być mrocznym memento dla społeczeństw europejskich, z których wciąż na nowo wydobywają się migranci drugiego pokolenia niemogący odnaleźć się w świecie, do jakiego sprowadzili ich rodzice. To dzięki odwadze i determinacji rodziców bohaterek powstały „Dwie siostry”, w których zaznacza się ta czytelna teza, że być może my wszyscy jako społeczeństwo europejskie jesteśmy częściowo odpowiedzialni za radykalizację młodych muzułmanów. Że nie zaoferowaliśmy im w świecie wolności, tolerancji i liberalizmu odpowiednio atrakcyjnego wzorca do naśladowania. Że wciąż na nowo w środowiskach imigrantów rodzi się poczucie wyobcowania i że życie w Europie jest dla nich opresyjne. A za tym idzie potrzeba poszukiwania nowej przynależności. Nawet do organizacji ekstremistycznych.

Åsne Seierstad uznaje zatem za uzasadnione etycznie, że napisała o dziewczętach, o których w gruncie rzeczy niczego nie wiemy. Wielość perspektyw oraz monumentalna konstrukcja tego reportażu, jego wielogłosowość i wielowątkowość zderzają się z zaskakującą enigmatycznością tez. „Dwie siostry” to w gruncie rzeczy książka pytań, nie odpowiedzi. Zmuszająca czytelnika do porządkowania prezentowanych zdarzeń po swojemu. Pytań jest mnóstwo, ale najważniejsze dotyczy tego, czym kierowały się uciekinierki. Nie wiemy także niczego o ich codziennym życiu w Syrii. Otrzymujemy kilka faktów, ale tajemnicą pozostaje to, jak na co dzień funkcjonują i co robią w miejscu, które stało się dla nich najważniejszym celem. Znalazły się tam, gdzie – jak oczekiwały – odnajdą sens życia i wspomogą Państwo Islamskie, mocno radykalizując nie tylko poglądy, ale także wiarę. Są najważniejsze w tym reportażu, a jednocześnie stanowią tylko jego mroczne tło. Åsne Seierstad nie podejmuje się próby analizy tego, w jaki sposób funkcjonują organizacje oraz społeczeństwo gorącego Bliskiego Wschodu, choć proponuje nam krótki rys historii konfliktu zbrojnego w Syrii, opowiadając o mnogości jego frontów i podsycaniu animozji przez rozłamy religijne. Skupia się bardziej na rozpadającej się po ucieczce dziewcząt rodzinie. Na dramacie tych, którzy pozostali. Na spojrzeniu Norwegii na zaskakujące opinię publiczną wybory nastolatków decydujących się na uczestniczenie w formach opresji, nie na rozwijanie się w kraju umożliwiającym im progres. Ale czy na pewno Norwegia, jak i cała Europa, oferują tak wiele możliwości i mają do zaproponowania model życia, w jakim odnajdą się dzieci rodziców będących uciekinierami, niemające już przecież po co i od czego uciekać?

Opowieść zaczyna się w momencie, w którym Ayan i Lejla rozpoczynają swoją podróż. Rodzina – ojciec, matka i trzech braci – zostaje postawiona w sytuacji skrajnej. Okazuje się, że nie ma odwrotu, dziewczęta podjęły decyzję i świadomie zmierzają w kierunku Syrii. Sadiq podejmuje się rozpaczliwych prób wydostania córek z państwa będącego konglomeratem okrucieństwa, przemocy i chaosu. Ojciec doświadczy tego na własnej skórze, rujnując się także finansowo i emocjonalnie. Jego działania nie będą do końca przemyślane. Taka natomiast jest decyzja jego córek. Wyjechały i nie wrócą. Są pewne tego, co robią. Odrzucają świat i możliwości, jakie oferuje im Norwegia, do której Sadiq przed laty uciekł przed somalijską wojną. Ponownie się z nią zmierzy na syryjskim terytorium, ale zagrożenie śmiercią i doznawane w Syrii okrucieństwa będą niczym w porównaniu z pustką oraz bezradnością, które całkowicie zmienią jego życie.

Jak wspomniałem na początku, jest to w dużej mierze opowieść o tych, którzy zostali porzuceni, o ich smutku i zaskoczeniu. O tym, w jaki sposób będą się mierzyć z decyzją o odrzuceniu życia rodzinnego w Norwegii. Bardzo interesującą postacią jest brat, Ismael. To z nim korespondują wirtualnie siostry i z nim wejdą w dysputy światopoglądowe na temat różnych wyborów życiowych. Bo Ismael odcina się od muzułmańskiej tradycji rodzinnej, wrasta w Norwegię, odrzuca radykalizm i nie może zrozumieć, dlaczego siostry wybrały taką drogę. Poszukiwania Ismaela to metoda odreagowania szoku i stresu. Chłopak decyduje się na przyjęcie zupełnie innego modelu życia. Z goryczą pisze do sióstr, których – jak zdaje sobie z tego sprawę – nigdy już nie ujrzy. Åsne Seierstad portretuje rodzinną gorycz i etapy rozpadu więzi między tymi, którzy nie potrafili unieść w sobie decyzji o opuszczeniu. Zwłaszcza w muzułmańskiej rodzinie, która przecież zawsze trzyma się razem…

O tym trzymaniu się we wspólnocie i izolacji od innych autorka mówi dosyć sporo, obrazując, w jaki sposób norwescy Somalijczycy dorastają w poczuciu niesprawiedliwości, gorszego traktowania w społeczeństwie, deprecjonowania ich modelu życia. Seierstad bardzo sugestywnie rekonstruuje ostatni rok przed wyjazdem Ayan i Lejli, pokazując, w jaki sposób nastolatki funkcjonowały w społeczeństwie, i zwracając uwagę na to, że liberalne społeczeństwo norweskie zdaje się bezbronne wobec procesu radykalizacji myśli. Świetnie widać to na podstawie rekonstrukcji zdarzeń ze szkoły. Żadna placówka nie ma w regulaminie zapisanego zakazu noszenia nikabu. A to od niego zaczynają się czytelne sygnały o chęci izolacji dziewcząt. Szanująca różnorodność szkoła staje się bezradna wobec tego, kim stają się siostry. Podobnie inne instytucje. Norweskie służby niekoniecznie z wielkim zaangażowaniem podejmują się odnalezienia dziewcząt. Coś jest nie tak z tolerancją i szacunkiem dla inności, skoro tak łatwo w takiej przestrzeni odnaleźć siebie w ekstremistycznych uwarunkowaniach…

Wracając jeszcze do techniki tworzenia książki, warto wspomnieć, co Åsne Seierstad wyraźnie zaznacza w zakończeniu: :Dokumentowanie nie polega wyłącznie na zapisywaniu tego, co ludzie mówią, lecz również na opisywaniu tego, co robią”. Stąd też uzasadniona swoboda interpretacji oraz skupienie się na tym, jak bohaterowie działają. Autorka nie decyduje się na zderzenia poglądów – choć wyjątek robi, cytując wspomniane już rozmowy brata z siostrami. Stara się pokazać ludzkie zachowania i w nieco behawiorystycznym kontekście osadzić problem wyobcowania i idące za tym konsekwencje. Całość robi naprawdę duże wrażenie, pozostawiając w czytelniku może więcej wątpliwości, niż miałby odwagę wyrazić.


PATRONAT MEDIALNY

2018-04-06

„Inne historie miłosne” Lucian Dan Teodorovici


Wydawca: Amaltea

Data wydania: 16 kwietnia 2018

Liczba stron: 200

Przekład: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Fantazje o uczuciach

Lucian Dan Teodorovici doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że o miłości napisano już wszystko. Postanowił zatem przyjrzeć się temu, w jaki sposób jej poszukujemy, a także przeanalizować, co dzieje się z miłością „okrzepłą”, taką uznaną za oczywistą i niezmuszającą już do tego, by walczyć lub odkrywać. Portretuje ludzi gotowych poświęcić dla miłości wszystko, a także nieświadomych tego, że właśnie jej doświadczają. Oblicza zakochania także są bardzo różnorodne, łączy się z nimi sporo nieprzewidywalnych wydarzeń. Jedenaście opowiadań z męskimi narratorami – co absolutnie nie zawęża perspektywy opisu – odkrywa przed nami wspomnienia, niepokojący czas teraźniejszy, ale także skryte fantazje o tym, co nas może czekać. Nas, którzy wciąż tak rozpaczliwie szukamy miłości. Nawet wówczas, gdy jesteśmy pewni, że ją znaleźliśmy i oswoiliśmy, bo przecież chodzi o te „motylki w brzuchu”, a może o to, że miłość zmusza, by wciąż zadawać o nią pytania i nigdy nie być pewnym odpowiedzi.

Część bohaterów opowiadań jest już w wieku, w którym – jak wspomina jeden z nich – nie robi się życiowych planów, lecz przede wszystkim się je realizuje. Oni zdają się mieć pewność tego, czym jest miłość, i mogą ją wskazać. Siedzi tuż obok albo jest blisko. Patrzy z czułością i wszystko rozumie. Nie potrzebuje zapewnień, bo jest już zdobyta i pewna wszystkiego. Czy tak jest rzeczywiście? Autor umiejętnie podkreśla iskrzenie w relacjach, kiedy zadawane są pytania o uczucia albo te uczucia w jakiś sposób trzeba obnażyć. Najlepiej widać te wieloznaczności miłosne w momentach, w których związek się rozpada, ale nie jest powiedziane, że każdy ma iść w swoją stronę, bo ta wspólna dotychczasowa okazuje się czymś dużo trwalszym niż można to było przewidzieć. Świetnie pokazane jest to w „Nurkowaniu”, gdzie bohater dopiero pod wodą ujrzy w pewnym stopniu swoją ukochaną naprawdę. Podobny problem – choć inaczej przedstawiony – obrazuje opowiadanie „Noc w hotelu”. Mam wrażenie, że wówczas, gdy rumuński pisarz przedstawia nam anatomię związku po jego rozpadzie, uwypukla te najważniejsze jego kontury. Pokazuje, że odejść to nie zawsze znaczy zapomnieć. Udowadnia, że dystans pozwala spojrzeć na miłość z innej strony, ujrzeć jej siłę w zaskakującym świetle.

Są też opowiadania będące wspomnieniami z dzieciństwa. Z czasu, w którym o miłości niczego się nie wiedziało, a jednak dotknęła, zaznaczyła w sposób do zapamiętania na całe życie. Czy będzie to nieszczęśliwa miłość ze „Szczudeł”, czy też uczucie zakazane ze wszystkimi jego konsekwencjami, jak w „Wyprawie po gęsi”. Ciekawa jest perspektywa chłopca, który koduje wspomnienia i analizuje je po latach. A może do tej analizy zaprasza przede wszystkim czytelnika, albowiem Teodorovici jest w tym zbiorze mistrzem dwuznaczności, specyficznej groteski, także umiejętnie chwytającym bohaterów za słowa i nieprzypadkowo dynamizującym swoje narracje w wartkich dialogach.

W tej książce odnajdziemy bardzo wiele odniesień do muzyki. Dźwięczeć będą popkulturowe hity, ale wraz z nimi ujawni się dodatkowy pokład wrażliwości bohatera lub dwójki ludzi niemogących określić właściwego charakteru swoich relacji. Świetnie widać to w „Wilczku”, w którym pobrzmiewa World Party i Queen i gdzie bohaterowie podejmują się rozmowy na temat nurtujący zazwyczaj wszystkie pary, ale zwykle objęty jakimś zaskakująco silnym tabu. W opowiadaniach Teodoroviciego brzmi też Leonard Cohen, Glenn Gould czy Bob Dylan. Ale te dźwięki i przytaczane słowa piosenek to tylko jedna z proponowanych interpretacji tekstu. Ważne są polifoniczność, suspens oraz taka czytelnicza obecność w rozterkach bohaterów, że z opowiadań wydobywają się jeszcze inne, wyobrażone historie. I dlatego czyta się to z uwagą, lecz jednocześnie z uśmiechem. Widzi się oblicza bezbronności wobec miłości, ale obserwuje także obecność tych trzecich, którzy są problematyczni, lecz jednocześnie pozwalają parze zadać sobie krępujące pytania albo ujrzeć łączące uczucie w innym świetle.

„Inne historie miłosne” to również opowieść o tym, że miłość przytrafia się także złym ludziom. Porywy serca nieobce są byłym ubekom, wszak wszyscy jesteśmy spragnieni miłości, tylko w różnych sytuacjach oraz kontekstach Rumuni postanowili jej zaprzeczać. Teodorovici sygnalizuje mroczną rumuńską przeszłość, w której wychodziły na jaw okrutne ludzkie instynkty, ale także prawdziwe uczucia. Wspomina o tym pierwsze z opowiadań, ale także „Dokumenty” – pasjonujący obraz odkrywania tego, w jaki sposób miłość może przełamać wszelkie bariery i zawładnąć ludźmi, którzy w społeczeństwie nigdy nie mogliby wieść spokojnego życia pary. To miłość, która się wydarzyła i pozostawiła po sobie ślad. Są też bohaterowie, którzy wspominają ją bardzo subtelnie, ale wiemy, że myślą o uczuciu, którego już nie ma i nigdy nie będzie. Przejmujące opowiadanie „Wiele kilometrów stąd” pokazuje, co z nas zostaje, kiedy musimy się mierzyć z niezrozumiałym odejściem i melancholijną samotnością.

Lucian Dan Teodorovici potrafi być okrutny i wulgarny. Język niektórych bohaterów pokazuje ich bezkompromisowość w działaniu oraz myśleniu i wówczas autor zestawia z nią tak, a nie inaczej sportretowaną miłość. Gdzieś obok, ale w silnym związku z tymi, którzy odpychają, sami są odpychający, wydają się nie zasługiwać na subtelność uczucia. Takich zderzeń – różnego rodzaju i w różnych kontekstach – rumuński pisarz proponuje nam bardzo wiele. Cechą charakterystyczną „Innych historii miłosnych” jest różnorodność perspektyw oraz opisów. Zdziwienie tym, jaki kształt ma miłość oswojona. Gniew wobec jej utraty. Bezradność w momencie definiowania, czym ma być i co przynosić. Wszystko w słodko-gorzkiej tonacji tych mężczyzn, którzy na różnym etapie życia i z różnymi doświadczeniami zostali skonfrontowani z własnym wnętrzem, swymi potrzebami i oczekiwaniami. Miłość jest synonimem braku, odwagi, przygnębienia, rozczarowania, ale też specyficznej radości. I siły życia. Teodorovici pokaże nam, że miłość niekoniecznie się odnajduje, ale niezwykle fascynujące są jej wieczne poszukiwania.


PATRONAT MEDIALNY

2018-04-04

„Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” Adam Kwaśny


Wydawca: La Compañia

Data wydania: 21 października 2017

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Oddech kubańskiej prowincji

Adam Kwaśny napisał niezwykłą i bezpretensjonalną książkę o Kubie. Nie tej znanej z kart powieści czy choćby sportretowanej w świetnej „Hawanie” Kurlansky’ego. Autor unika sztampowości, wymyka się prostym sądom. Ba, niczego nie osądza ani nie komentuje, nie podejmuje się żadnych prób interpretacji. Nie stawia siebie w pozycji kogoś najważniejszego, co jest częstym błędem reportażystów. Ale ta wyprawa na kubańską prowincję nie jest przecież reportażem. Kwaśny unika jednoznaczności i dzięki temu ta książka wymyka się ramom gatunkowym. Jest niezwykła nie tylko dlatego, że pięknie wydana z odważnym żółtym kolorem wiodącym, którego tak boją się wydawniczy graficy. Zabierając nas do Trinidadu,  daleko od opisywanej tak często Hawany – której cień pojawia się w tych opowieściach, bo to miejsce, do którego jedzie się, by spełniać marzenia albo gonić za złudzeniami – Adam Kwaśny topografię miejsca określi przez opowieści jego mieszkańców. Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” to historia sentymentalnych powrotów do świata, który śni się autorowi w pastelowych barwach, a każdy z tych powrotów jest rozumieniem tego, czym może być magia przynależności do innej kultury. Tę przynależność dostrzegamy wyraźnie, ale w żaden sposób nie jest ona werbalizowana. Kwaśny jest uważnym oraz czułym słuchaczem. Obserwatorem. Człowiekiem, któremu kubańska prowincja nakreśliła pewien życiowy azymut i stała się wiecznym punktem odniesienia. Ta książka to świadectwo umiejętności widzenia tego, co niezwykłe, w prostym życiu i jeszcze prostszych o nim opowieściach. Choć może nie do końca tak jest, gdy wkraczamy w sferę wierzeń dotyczących życia po śmierci. Na Kubie nie ma zmartwychwstania i nowej formy bytu. W Trinidadzie żyjący koegzystują z umarłymi. Niesamowite jest to, na ilu płaszczyznach się to odbywa. I jak barwnie można o tym opowiedzieć.

Strukturalnie „Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” to dwadzieścia dwa rozdziały, ale przynajmniej trzy razy tyle historii, które wzajemnie się uzupełniają, bo i bohaterowie towarzyszą nam przez cały czas. Nawet wówczas, gdy nie ma ich już wśród żywych, albowiem Kwaśny w niektórych momentach tworzy coś na kształt epitafiów, ale także po to, by nawiązać do zasadniczej formy współistnienia społeczności Trinidadu z tymi, którzy przecież nie odeszli, choć nie można z nimi już wypić rumu o wschodzie słońca czy zapalić słodkiego papierosa. Postacią, wokół której koncentrują się spisane przez Adama Kwaśnego historie, jest Yoirys Manuel – lokalny kapłan i czarownik mający swoich uczniów. Człowiek bierny wobec wyzwań codzienności, lecz bardzo aktywny w sferze czarów, rytuałów, wierzeń tłumaczących istotę pustki lub lęku przed utratą bliskich ludzi. Yoirys Manuel wydaje się osobą z marginesu społecznego, a jednak ingeruje w życie wielu mieszkańców miasteczka. Te opowieści nakreślają, w jaki sposób zbudował charyzmę, jak powstał jego autorytet i jak to możliwe, że życiowo nieporadny trzydziestopięciolatek stał się postacią, wokół której koncentruje się tak wiele ważnych zdarzeń.

Ważne jest to, jak przedstawiani przez Kwaśnego Kubańczycy radzą sobie z utratą. Fenomenalnie nakreślone tło współistnienia żywych oraz duchów zmarłych funkcjonuje tu na kilku poziomach. W wymiarze społecznym porządkuje pewne relacje i jest punktem odniesienia do tworzenia nowych. Bardzo prywatnie jest przyczynkiem do osobistych wspomnień o tym, co sam Kwaśny otrzymał od tytułowego bohatera, i w definiowaniu tego, czym jest muerto – opiekuńczy duch, który towarzyszy autorowi nawet daleko od Kuby, w Krakowie. Tajemniczość i magia współistnieją z konkretnymi historiami o tym, jak zmarli ingerują w życie żywych, jak silnie na nich wpływają, w jaki sposób formują myślenie o świecie rzeczywistym. Temu, do którego odchodzą mieszkańcy Trinidadu, bramy otwiera ceiba – niezwykłe drzewo. Pod nim ktoś pisze wiersze, inni się biją, a pewna kobieta uznaje je za punkt wyjścia dla swojego macierzyństwa. Dusze zmarłych trzeba oswoić i dać im wszystko to, czego brakowało za życia. W tym znaczeniu kubańskie wierzenia to próby racjonalizowania niedostatków i bolączek codziennego życia. Bo życie kubańskiej prowincji naznaczane obecnościami cyklonów jest między tymi dynamicznymi zjawiskami bardzo senne, pozbawione nerwowości, jednocześnie osadzone w pewnym rodzaju deficytu – to Hawana jest centrum spełniania marzeń. W Trinidadzie można oswoić i pokonać lęki oraz frustracje u lokalnej kapłanki Violety. To ona uczy rozmawiać ze zmarłymi, bo te rozmowy porządkują życie, nadając mu większy sens. Istotne jest to, że nikt nikogo nie opuszcza, choć utraty bywają bolesne i niosą ze sobą przygnębienie. Trinidad zamieszkują żywi i umarli. Adam Kwaśny opowiada o tym, jak dobrze im ze sobą.

W tych historiach iskrzy galeria postaci, niesamowitych ludzi ze zwyczajnymi w gruncie rzeczy życiorysami. Jest miejscowy poeta pchający na co dzień taczki, który na dłoni rysuje dzieje Kuby z ich bezwzględnością i trudami. Jest miejscowy Medyk o nasieniu z porcelany, który kolekcjonuje krucyfiksy. Jest Bèlky, królowa kapeluszy. Ślepy plotkarz czy bębniarz przywołujący duchy. Jest wiekowy Don Cocodrilo, który zjadł duszę krokodyla, a także Carlito, któremu dziewczyna brzydnie po zapłodnieniu. Mamy także ekscentryków, którzy są postaciami z zewnątrz. Księdza ekshibicjonistę czy zaginionego kanadyjskiego turystę amanta. Tym lokalnym jest Tonio ze swą niefrasobliwością, a świat kobiet portretuje już moment celebrowanych piętnastych urodzin, kiedy dziewczynka przechodzi swoistą przemianę, a resztę w jej życiu dopisują dynamiczne relacje z mężczyznami.

Ważne są też transformacje. Dusza wkracza w świat przyrody czy jest obecna w danym przedmiocie. Myślę, że to obrazuje także zmiany, jakie zaszły w autorze tej książki. Każda kolejna wizyta w Trinidadzie, każdy następny powrót dają specyficzne poczucie spełnienia, wolności, oderwania od porządku kultury europejskiej. Yoirys Manuel symbolizuje człowieka, który w sensie dosłownym i magicznym potrafi dokonać transformacji wierzenia czy obyczaju. Adam Kwaśny udowadnia tą książką, że jest cały czas w procesie formowania pewnej nowej osobowości. Siebie zakotwiczonego w Trinidadzie, w systemie wartości i hierarchii wierzeń miasteczka. Dlatego „Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” to książka niezwykła – bardzo osobista, lecz bez puent, niepotrzebnych tez, bez ocen i zaznaczania europejskiej wyższości. Te teksty, dodatkowo okraszone humorem, przenoszą nas do świata, który wydaje się bardzo odległy, ale w swoim wymiarze pokazuje, że tęsknoty, pragnienia, oczekiwania i przeżywanie przyjemności oraz smutku mogą być uniwersalne. Poza tym Kwaśny po prostu świetnie pisze. Egzotyczne gawędy zamieniają się w przypowieści o ludzkich namiętnościach oraz o kubańskiej historii, która zaznacza się w nich wyraźnie. Bo przecież to opowieści z lokalnym adresem, ale takie, z których można wynieść coś więcej niż pobieżną fascynację. Portretujące ludzi jakby oddalonych od cywilizacji, tworzących jednak swoją własną. Wspólnotę, której ducha odda tylko ktoś naprawdę pochłonięty przez codzienność odległego Trinidadu. Kwaśny zaprasza tam wyjątkowo sugestywnie. Warto się wybrać, poczytać, może nawet w pewne kwestie uwierzyć.

2018-04-02

Rozmowa z Agnieszką Wolny-Hamkało


Trochę tych książek czytam, łatwo się w nich zagubić. A jednak od dłuższego czasu powtarzam, że gdyby dano mi z dziesięć różnych arkuszy tekstu, od razu rozpoznałbym twoją frazę. Jak to robisz?

Charakterystyczny styl ma swoje wady. W pewnym stopniu blokuje niektórych czytelników na starcie. I nie mówimy o treści czy konstrukcji książki, tylko o materiale. Zatem jeśli ktoś mi nie uwierzy na początku – nie polubi mojej książki. Może ten styl to – jak to się mówi – gra pożądania i wyparcia? Mam na myśli utrzymywanie obiektu i jednocześnie wypieranie się go. Takie „drugie spojrzenie”, które daje stylizacja lekko kampowa czy ironiczna, wywodzi się z wiersza. Tekst przygląda się sam sobie. Taka dwuznaczność może być kłopotliwa: nie wiadomo, czy czytamy solenny tekst, czy może uśmiech autora jest podwójny.

A pisarz powinien się uśmiechać podczas pisania czy być śmiertelnie poważny?

To zależy, co pisze. Lubię wpuszczać psa do sklepu, metaforycznie rzecz ujmując. Chociaż trzeba uważać na tak zwany samośmiech, czyli uciechę, której nie podziela nikt oprócz autora. Pamiętam przegląd filmowy, na którym pokazano pięć ekranizacji Nałkowskiej – jedna po drugiej szły w studyjnym kinie. Był to cudowny koncept, ale okazał się czytelny dla niewielu. To się zdarza także na premierach teatralnych, na których wśród publiczności, na samej górze siedzi, zaśmiewając się do łez, autor tekstu.

Wspominałaś na Facebooku, że „Moja córka komunistka” zaabsorbowała cię tak mocno, że na długo zniknęłaś innym sprzed oczu i z komputerów. To rzeczywiście były krew, pot i łzy? Jak powstawała ta książka?

Obsesyjność związana z książką – czyli to, że przez jakiś czas skupiasz wszystkie myśli niemal wyłącznie na niej – zdarza się za każdym razem. Ale teraz starałam się jakoś chronić ten półświatek. Nie szaleć. Nie miałam więc na zewnątrz żadnych mechanizmów rozładowywania napięcia, które pisanie buduje. Za to mogłam skoncentrować się tylko na nim. Tak więc puste przebiegi, podczas których siedzisz rano przed komputerem, próbując wyrzucić z głowy obrazy z poprzedniego wieczoru, w ogóle nie miały miejsca.

Pięknie piszesz o nieobecnych. Mam na myśli matkę głównej bohaterki, która zmusiła córkę do konfrontacji z utratą, ale czym ona była – ceną samostanowienia i szczęścia tej, o której przecież nie opowiadasz?

Tak, matka musiała opuścić dom, żeby się wyemancypować, złapać jeszcze trochę szczęścia na odchodnym. W tamtym czasie w rodzinach używało się jeszcze czasownika „poświęcać się”. Realizowanie własnego scenariusza wymagało ze strony kobiety odwagi. Było nieakceptowane społecznie. Wiele lat temu miałam świetną terapeutkę, buddystkę, panią Basię. Pani Basia była przeciwna tego typu „poświęceniom”, toksycznym, obciążającym całą rodzinę. Jeśli matka umiera i dziecko dostaje w spadku stare volvo – zabiera stare volvo i jedzie w świat. Czym prędzej, tym lepiej. Wymuszone z zewnątrz rytuały żałobne to opresja. Mama bohaterki zobaczyła na końcu ulicy swoje stare volvo i ruszyła w świat. Bardzo się z tego razem z nią cieszyłam.

W tej figurze matki poświęcającej się nie kryje się pewien aspekt opresyjności względem kobiet, które wytwarzają kultura i społeczeństwo?

To nasz ulubiony narodowy mit: matka Polka, matka gastronomiczna, matka heroiczna. Zawsze niosąca jakiś ciężar, powinność. I tej powinności bardzo się pilnuje, dyscyplinując matkę do roli. Mimo że idzie za tym utrata podmiotowości, prywatnego czasu. Jest w tym mnóstwo szantażu emocjonalnego.

Nie chcę rozmawiać o tym, na ile autobiograficzna jest „Moja córka komunistka”, niech czytelnicy pozostaną w niedopowiedzeniu. Ale jedna z opisanych historii nie daje mi spokoju. Siedmioletnia Ania odnajduje w lesie słodkości od Liczyrzepy, sprzyjającego jej ducha gór. A przecież to pełna czułości i troski ingerencja rodziców. Nie mogłaś chyba tego zmyślić, musiałaś przeżyć?

Ta scena ma swoje źródło w przeszłości. Ale to tylko jej rodowód. W ducha gór wierzyłam święcie. Składałam mu dary w różnych zapyziałych dziuplach. Kupowane w kioskach z pamiątkami bombki z kolorowej cynfolii również miały magiczne pochodzenie. Byłam bardzo uduchowionym dzieckiem, co było dość zabawne dla wszystkich. Podczas spacerów z tatą ateistą potrafiłam zatrzymać się i paść na kolana przy szosie przed drewnianym krzyżem. Co mi nie przeszkadzało odprawiać różnych pogańskich rytuałów na Ślęży. Wszystkie bożki i duchy funkcjonowały ze sobą w pełnej symbiozie.

A dzisiaj jakieś ci towarzyszą?

Mam nadzieję, że nadal wszystkie.

Lubisz przymiotniki? Początek tej powieści w nich tonie.

Początek musiał być inny niż reszta książki. Zależało mi na tym, żeby sposób opowiadania i postrzeganie świata zmieniały się razem z bohaterką. Ona przecież dorasta, co kilka lat widzi świat zupełnie inaczej. Ma inne skojarzenia, lęki, inny język.

Konstrukcja głównej bohaterki w „Mojej córce komunistce” wyraźnie pokazuje, że to, jaki jest człowiek, wydobywa się z tego, co weźmie od innych. A przecież trochę swoich cech mamy też w genach. Nie są zbyt pewni siebie ci, co twierdzą, że sami ukształtowali swój charakter i swą tożsamość?

To złożona sprawa. Chyba nie będę umiała krótko odpowiedzieć na twoje pytanie. Każdy, kto wychowywał kiedyś dziecko, wie, że to eksperyment. Do tego stopnia indywidualny, że te same porady, skile, zachowania, które sprawdzają się przy jednym dziecku, przy drugim okazują się zupełnie bezwartościowe. I tu niestety, Jarku, bardzo chce się cytować. Bo niemal każdy filozof czy poeta miałby na tę sprawę inny pogląd. Ale wiadomo: są ludzie bardzo szczelni, o silnej strukturze, samostanowiący i pewni siebie. Sama jestem osobą dość rozregulowaną i podatną na wpływy. Chociaż próbuję się przed tym bronić. Tego typu nieszczelność sprawia, że wpada mnóstwo fajnych rzeczy, ale też sporo śmieci i lewego towaru.

Która bohaterka jest dla ciebie najważniejsza – Ewa z „Zaćmienia”, Ada z „41 utonięć” czy Anna z „Mojej córki komunistki”?


Przy Ewie odpoczywam – to wariatka i z racji swojego zawodu ma zawsze do opowiedzenia mnóstwo pokręconych historii. Ady się trochę boję – to id, coś wypartego, co powróciło. Jej najmniej zależy na niej samej, na własnym bezpieczeństwie i życiu. Annę lubię za pogodną akceptację. Jej zen jest w porządku. Gdyby Anna rządziła światem – byłoby tu miejsce dla wszystkich freaków.

A nie masz ochoty napisać książki z bohaterką, z którą na co dzień chciałabyś walczyć?

W „Komunistce” są bohaterowie, z którymi chciałabym walczyć. Chociaż nie w taki sposób, że byliby jakimiś moimi antagonistami. Ciekawsze jest pokazywanie ambiwalencji, relacyjności naszych cech i zachowań.

Bohaterowie „41 utonięć” z różnych powodów odnajdują wolność w przestrzeni teatru. Jak człowiek powinien szukać swojej prywatnej życiowej wolności?

Wolność to dalej luksus, niestety. To przykre, ale jest dostępna głównie dla tych, którzy mieli więcej szczęścia – talentu, zdrowia, pieniędzy. Człowiek musi się we wczesnej młodości ostro napracować, żeby później nikt nie mówił mu, co ma robić. Żeby mieć komfort wyjścia z jakiejkolwiek pracy w dowolnym momencie. Pokazania faka, kiedy ktoś go obraża. Bywa, że ci najbardziej zbuntowani i „wolni”, ci, którzy powtarzają idealistyczne hasła, to dzieci, które nie muszą serio bać się o swoją przyszłość. Idealizm jest potrzebny, bo to odpowiedni horyzont. Gorzej, kiedy ci „idealiści” wypowiadają się z pogardą o tych, którzy nie okazali się w ich ocenie wystarczająco odważni. Nie protestowali dość głośno, nie rzucili umowy o pracę na stół. Zaskakujące, jak ci „wrażliwi” szybko okazują się niewrażliwi i głupi.

„Zaćmienie” zacierało granice między absurdem, komizmem, ironią a śmiertelną powagą. Konsekwentnie kroczysz tą drogą w kolejnych książkach czy się mylę? Chcesz coś udowodnić sobie i prozie jako takiej?

Utrzymywanie takiej podwójności wydaje mi się ciekawe. Orientuje na język, sprawia pewien kłopot, ale daje też wolną rękę czytelnikowi, który ma większy margines na decyzję, czy przygoda z książką to tylko umowa społeczna, czy też zaczynamy poważnie się komunikować. Najśmieszniejsze są próby przywoływania do porządku takiego tekstu: „tak się mówi” lub „tak się nie mówi”. To jest przegięte, a to zbyt grubą linią narysowane. Jakby powieść realistyczna naprawdę była odbiciem rzeczywistości. Przecież to iluzja. Jeśli będziemy tak myśleć, nadal najbardziej awangardowym pisarzem pozostanie w Polsce Gombrowicz. „Powieściowość” książki jako jej zaleta czy wada to dziewiętnastowieczna kategoria oceny.

To która powieść realistyczna według ciebie najlepiej ukazuje, że niekoniecznie ma odbijać rzeczywistość?

Każda. To tylko forma, konwencja. I nasze czytelnicze przyzwyczajenie. Tęsknota za harmonią, odpowiednimi proporcjami. Jako ludzie jesteśmy istotami irracjonalnymi i nielogicznymi. Tak więc nawet wiarygodność psychologiczna bohaterów powieści realistycznych – przyczynowość zachowań – jest sztuczna. Zastanawiające, że to właśnie powieść realistyczna uchodzi za tę dojrzałą, podczas kiedy na przykład gotycka za infantylną i regresywną. A przecież odejście od kanonu jest ciekawsze niż kanon. Dysharmonia ciekawsza niż harmonia. Zaburzenie, eksces zakłada najczęściej progresję. Awangardy narodziły się właśnie ze znużenia harmonią i konwencją. Jak manieryzm. Owszem, jest coś niezdrowego w tego typu kaprysach, które moglibyśmy nazwać wyrafinowanymi błędami. Ale poczucie wolności, nonszalancja – są tego warte.

Nie uważasz, że krytykujący twoje książki biorą je za bardzo serio? Przecież stwarzasz ten wyraźny dystans do wszystkiego bardzo czytelnie.

Nic nie mogę zrobić w tej sprawie. Jednak wiem, że to pisanie nie dla wszystkich. Że można się czuć obco w tym świecie albo po prostu nie polubić tonu. Cieszę się bardzo na każdego czytelnika, który lubi ten miękki kamp, kupuje ten dystans i w efekcie dobrze się czuje w towarzystwie moich książek.

Jak myślisz, komu jest trudniej – poetce/poecie mierzącym się z prozą czy prozaiczce/prozaikowi, którzy zabierają się za pisanie wierszy?

W ogóle zawsze jest trudno. Poecie – rezygnować i redukować. Dawać spokój sobie, zdaniom i czytelnikowi. Przestać podkręcać zdania do granic wytrzymałości. I uwierzyć w przygodę. Kiedy czytam książki, najmniej interesuje mnie treść, przygoda. Po prostu literatura jest gdzie indziej. Ktoś gdzieś napisał, że współcześni poeci to tacy architekci, którzy tak długo udoskonalali swój projekt, aż przestał się podobać inwestorom. Napięcia w wierszu buduje się po prostu gdzie indziej niż w prozie. Ale myślę, że zawodowy pisarz, prozaik, musi mieć ogromną trudność z napisaniem dobrego wiersza. Nabokov dał radę, konstruując bardzo nowoczesny poemat zaczynający książkę „Blady ogień”. Ale nie ma za wiele takich przykładów.

Ale to była chyba jego jednorazowa próba? Bo z tego, co mówisz, wynika trochę, że droga od prozy ku poezji jest trudniejsza niż ruszanie z przestrzeni poetyckiej do prozy.

Ale może się mylę? Może wynika to z tego, że transfer odbywa się prawie zawsze w kierunku od wierszy do prozy – prawie nigdy w przeciwnym? Chciałabym zobaczyć minę pisarza, który pracuje trzy lata nad tomem wierszy, a potem dowiaduje się, że dystrybucja istnieje niemal wyłącznie w Internecie (wyjątkiem są takie księgarnie jak Tajne Komplety czy Lokator) i że w najlepszym razie może liczyć na sprzedaż całego nakładu, czyli… trzystu egzemplarzy.

Jakie jest najintymniejsze słowo, z jakim spotkałaś się w poezji?

Myślę, że ładne słowo to… ścierwo? Jest w pewnym sensie intymne.

Kiedy przed laty blurbowałaś mój „Rok w rozmowie”, napisałaś między innymi, że pisarze to specyficzne plemię kochające się w książkach. Zostało ci coś dzisiaj z tej myśli? Mogłabyś ją rozwinąć?

Dalej tak myślę, tylko teraz może silniej dostrzegam obsesyjność towarzyszącą tej miłości. To jest życie w kryzysie: nowe książki wciąż wypierają stare, stare się nigdy nie starzeją. Kończąc nowe, chcemy przypomnieć sobie stare i zrobić notatkę z nowych. A tak naprawdę samego Prousta można by czytać co dwa lata, znajdując ciągle nowe rzeczy, ucząc się czegoś. Co robić? Czytać tylko eseje i podręczniki akademickie czy skupić się na poezji? Poczytać książki młodych Greków czy umarłych Hiszpanów? Szkice o przekładach, filozofię czy dramaty? A może lepiej od razu sięgnąć po „Sztuki świata”? A teksty z katalogów sztuki, artykuły na portalach, najnowsze wiersze, które ktoś ogłasza na jakimś konkursie? Chroniczne zmęczenie, Jarku, podkrążone oczy i brak magnezu.

Znam to. I zagubienie. Bo mnogość tych nowości. Jak według ciebie ktoś ma sobie wybierać dobre książki i dobry z nimi czas?

Dobry bibliotekarz musi mieć w sobie coś z psychoterapeuty albo cwanej wróżki. Kiedy ktoś przychodzi do mnie pożyczyć książkę dla siebie albo np. swojego syna – długo gadamy. Pytam, co lubi, jak chce się poczuć, jakie książki do tej pory czytał i co przypadło mu do gustu. Sama najczęściej wybieram książki, które stawiają lekki opór: manieryczne, konceptualne albo w jakiś inny sposób dziwne. Ale lubię wybrać coś na chybił trafił u bukinisty albo w antykwariacie i przeżyć przygodę. Cieszę się też zawsze z książkowych prezentów i zawsze czytam takie książki. Także te, które ktoś mi pożycza. Uważam, że ma w tym jakiś swój cel i może chce mi coś powiedzieć.

Za co można pokochać Wrocław?

Za silne tradycje awangardowe. To miasto grupy Luxus, Centrum Sztuki WRO i galerii Entropia. Miasto performerów, gdzie można trafić do Centrum Trawienia Wizji albo latem wpaść o północy na nieobliczalne Midnight Show. Na Łokietka 5 można zjeść eksperymentalną kolację przygotowaną przez Food Think Tank. A podczas Off PPA – zobaczyć mnóstwo podziemnych spektakli.

Jarosławowi Mikołajewskiemu zwierzyłaś się przed laty: "Kiedy żyje się bardziej we własnej głowie, czasem trudno jest zapanować nad rzeczywistością potoczną, nad świeckim życiem". Nadal się z nim borykasz czy wyprowadziłaś się już trochę z własnej głowy?

Idzie to falami. Jest w jednej z powieści Lawrence’a Durrela taka scena, kiedy pisarz wciąż tylko pisze, rozmyśla i patrzy na morze. Raz w tygodniu, w czwartek, słyszy przytłumione dudnienie silników. Wie, że parowiec przywozi listy, i chociaż ich nie dostanie – nie umie patrzeć na odpływający statek bez żalu. A potem wraca do swoich papierów. Ja też zawsze czekam na taki statek. Czasem to jest teatr. Teatr jest integrujący, wspólnotowy. To ludzie, ich pomysły, talent, wrażliwość. A jeśli spektakl odbywa się w innym mieście – są wspólne śniadania w Domu Aktora, praca nad tekstem w ostatnim otwartym lokalu, długie podróże pociągiem. Nagle ma się z tymi ludźmi wspólne życie. Poza tym są zwykłe, państwowe sprawy. Tak zwane gospodarskie dni się wpychają tylnymi drzwiami.

Wymień trzy rzeczy, które ostatnio sprawiły ci przyjemność.

Wklepałam w smartfona zły numer telefonu i pisałam do kogoś obcego esemesy. Niechcący. Ostatnie dotyczyły czapki bogdychanów i doktora Pai-Chi-Wo, bo przygotowując się do napisania sztuki, czytałam „Akademię Pana Kleksa” I ktoś tydzień temu mi odpisał: „Piszesz do mnie od czerwca i nihuja nie wiem o co chodzi”. Byłam wtedy w pociągu i do końca podróży musiałam wychodzić z przedziału, nie mogłam przestać się śmiać.

Naprawdę? Zdarzyło mi się to samo, tyle że ta osoba od razu odpisała. I potem odegrała ważną rolę w moim życiu. Nie uważasz, że to, co się z nami dzieje na co dzień, to szalona przypadkowość przypadkowości?

Widzisz, w powieści to brzmiałoby niewiarygodnie. Myślę, że w życiu jest sporo przypadkowości, ale też sporo rzeczy wybieramy, chociaż często nieświadomie. I wciąż „trafiamy” na takich mężczyzn, owakie kobiety. Odgrywamy rytualnie swoje traumy, bo realizując znajome scenariusze, czujemy się wreszcie bezpiecznie.

Dziękuję za rozmowę.